Szukamy zabójców Adriana
Chuligani bili go kijami bejsbolowymi, kopali po twarzy i całym ciele, na koniec zadali mu kilkanaście ciosów nożem. Na podstawie zeznań świadków sporządziła dwa portrety pamięciowe.
- Pozostali napastnicy mieli na głowach czarne kominiarki - mówi podkomisarz Dariusz Kędzior z Komendy Miejskiej Policji w Białymstoku. - Świadkowie tej tragedii nie potrafili opisać ich twarzy.
Adrian R. był synem białostockiego policjanta. Wokół napadu zrodziło się wiele insynuacji. Jednak policjanta kategorycznie zaprzeczają jakoby praca ojca była motywem sprawców. - To najmniej prawdopodobna wersja - zapewnia komisarz Krzysztof Mróz, zastępca komendanta miejskiego policji w Białymstoku.
Nie ukrywa, że zatrzymanie bandytów dla białostockich funkcjonariuszy jest sprawą priorytetową. - Nie odpuścimy, nie spoczniemy. Ich dni są policzone. Znajdziemy ich i proszę się nie dziwić. To przecież syn naszego kolegi. Jako policjanci jesteśmy solidarni - mówi komisarz Mróz.
Dlaczego on?
W środę rano Adrian wyszedł z domu około godz. 7.30. Jak zwykle poszedł w kierunku przystanku przy ulicy Pułaskiegio. Tam czekali na niego czterej młodzi mężczyźni. Kiedy chłopak zauważył ich zaczął uciekać. Dogonili go i zaczęli bić.
- Nie przestali nawet wtedy, gdy upadł na ziemię. Bili dalej, a jeden z nich zadał leżącemu ciosy nożem w klatkę piersiową - mówi podkomisarz Kędzior.
Kiedy mieszkańcy ulicy Zielnej zorientowali się, że coś się dzieje, wybiegli na ulicę. To wypłoszyło napastników. Uciekli.
- Mój Boże. Ja to wszystko widziałam, widziałam jak uciekał, jak go bili, jak dostał nożem. Nie wiedziałam jednak, że to nasz Adrian - płacze babcia chłopka. - Dopiero kiedy wybiegłam na ulicę i podbiegłam do niego, zsunęłam mu czapkę... Myślałam, że serce mi pęknie.
- Nie wiem, co on komu złego zrobił? To był dobry chłopak. Znam go od dziecka - mówi jedna z sąsiadek. Kobieta pokazuje miejsce gdzie bandyci katowali Adriana. - On tak krwawił. Mówił, że mu zimno. Twarz mu puchła.
Adrian trafił do szpitala. Tam przeszedł kilkugodzinną i skomplikowaną operację. Lekarze kilka razy go reanimowali.
Kim są zabójcy
Mają od 16 do 20 lat. Trzech z nich wzrostu około 160 - 170 cm. Byli ubrani w czarne kurtki. Czwarty był wyższy - ponad 180 cm wzrostu, ubrany w jasną kurtkę.
- Jeden z nich na szyi miał żółto-czerwony szalik. Może to będzie jakiś trop - zdradza komisarz Mróz.
W ciągu ostatnich dni to drugi tak brutalny atak na młodych ludzi. Przypomnijmy - podobne zdarzenie miało miejsce w poniedziałek w okolicach ulicy Rzemieślniczej. Tam grupa młodych bandytów zaatakowała dwóch 15-latków i 19-latka. Napastnicy mieli przy sobie siekiery, drewniane kije i inne niebezpieczne narzędzia. Dotkliwie pobili chłopców. Wszyscy trzej trafili do szpitala. Jednak ich obrażenia nie były poważne. Ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Czy policjanci połaczą te dwie sprawy? - Niewykluczone - przyznaje komendant Mróz.
19145 |9738 |12069 |20660 |5727 |6415 |5420 |574 |10402 |7492 |